"Dwutlenek szczęścia"-artykuł p. Marcina Jamkowskiego który ukazał sie w Newsweek'u.
2008-06-05, Polska

Dwutlenek szczęścia

Ocieplenie przyczyniło się m.in. do rozwoju Cesarstwa Rzymskiego. Czy zatem obecne zmiany klimatu naprawdę prowadzą do katastrofy?SPONSOR WYDRUKUW 2006 r. stężenie dwutlenku węgla w atmosferze osiągnęło rekordową wartość - 381 ppm (parts per million). Było największe w ciągu ostatnich 650 tys. lat - donosi czasopismo naukowe "Proceedings of the National Academy of Sciences". I nadal będzie rosło. A to oznacza dla nas, mieszkańców Ziemi, że pogoda oszaleje. Tornada, susze i powodzie nie dadzą nam żyć. Stopią się czapy lodowe na biegunach i Grenlandii. Podniesie się poziom mórz i oceanów, przez co pod wodą znajdą się Wenecja, Amsterdam, Żuławy, delta Gangesu. Zdaniem ekologów skutki ocieplenia będą opłakane. Czy jednak rzeczywiście jesteśmy na drodze do katastrofy? Przecież zmiany stężenia CO2 w atmosferze to dla naszej planety żadna nowość. Precyzyjne pomiary ilości dwutlenku węgla prowadzone są przez meteorologów zaledwie od około 150 lat. Zdecydowanie za krótko, by wyciągać wnioski o trendach klimatycznych. Na szczęście wraz z postępem eksploracji Antarktydy i Grenlandii naukowcy natrafili na przebogate archiwum, w którym niczym w książce można wyczytać, jak zmieniał się skład atmosfery w czasie ostatnich 800 tys. lat. Księgę tę tworzą warstwy lodu, narastające rok w rok na lodowcach. W każdej z tych warstw znajdują się uwięzione bąbelki powietrza. Analizując skład chemiczny baniek z warstw pochodzących z odwiertów o kilkukilometrowej głębokości, paleoklimatolodzy odkryli rytm, w jakim zmieniało się stężenie CO2, a wraz z nim średnia temperatura na Ziemi. Jak się okazało, ilość gazu w atmosferze ziemskiej wahała się cyklicznie mniej więcej co 100 tys. lat. W okresach zlodowaceń zawartość dwutlenku węgla wynosiła ok. 180-210 ppm. Kiedy klimat się ocieplał, ten poziom rósł do 280-300 ppm. Każda taka zmiana stężenia CO2 oznaczała totalną zmianę dla ówczesnego świata - topnienie lodowców i odsłanianie się połaci kontynentów. Ostatnie zlodowacenie zakończyło się ok. 12 tys. lat temu. Nie oznacza to jednak, że tym samym klimat osiągnął constans. Można wyodrębnić trzy szczególnie ciepłe okresy: 12-5 tys. lat temu, V wiek p.n.e. - IV n.e. oraz IX-XIII w. Jeśli przeanalizować wydarzenia, które miały miejsce w tamtym czasie, okazuje się, że wzrost temperatury, który dziś jest zmorą ekologów, przynosił ludzkości raczej pożytki niż szkody. W czasie pierwszego z ciepłych okresów temperatura oceanów była na niektórych obszarach wyższa o ok. 6 stopni C od dzisiejszej (prawdopodobnie inny był rozkład morskich prądów). Szybsze parowanie wód Atlantyku spowodowało taki wzrost wilgotności powietrza i opadów, że zazieleniła się Sahara. Zanikające dziś jezioro Czad rozlało się, osiągając wielkość obecnego Morza Kaspijskiego! Prehistoryczne rysunki żyraf wciąż jeszcze można znaleźć na pustynnych skałach wschodniej Sahary. W górach Ennedi na granicy Czadu i Sudanu w pustynnych jeziorach żyje populacja krokodyli nilowych odizolowana od pozostałych przedstawicieli tego gatunku tysiące lat temu. "Nie jest zapewne przypadkiem, że następne ocieplenie, przypadające na okres od 500 r. p.n.e. do 400 r. n.e., zbiegło się w czasie z rozkwitem cywilizacji rzymskiej. Nie jest też bez znaczenia, że jej upadkowi towarzyszyło kolejne, ponownie dość łagodne oziębienie, które w Europie zakończyło się dopiero około roku 700" - pisze Marcin Ryszkiewicz w książce "Ziemia i życie". Kolejny ciepły okres, IX-XIII w., to czas cywilizacji nordyckiej - wielkich wypraw wikingów, kolonizacji Islandii, odkrycia Grenlandii i Ameryki (Labradoru). Ale także czas uprawy winorośli w Anglii. Po nim przyszła mała epoka lodowa (XIII-XIX w.). Zimy bywały wtedy tak mroźne, że można było przejść np. po lodzie przez Bałtyk. Kiedy w XV w. na ponad 100 lat zrobiło się cieplej, Europa pławiła się w rozkwicie renesansu. W połowie XVI w. wraz z kolejnym ochłodzeniem na północy kontynentu przyszedł czas głodu. Ekspansja Szwecji, zwana u nas potopem, mogła być m.in. wymuszona poszukiwaniem bardziej urodzajnych ziem na cieplejszym południu. W czasie tej klimatycznej huśtawki średnia temperatura zmieniała się prawdopodobnie zaledwie o 0,5-1 stopni C. Prawdopodobnie, bo ani Rzymianie, ani wikingowie nie prowadzili, rzecz jasna, precyzyjnych pomiarów. Twierdzenia o wahaniach temperatury oparte są więc na pomiarach pośrednich (przyrosty drzew, skład minerałów) i matematycznych modelach dawnego klimatu, związanych chociażby z wynikami pomiarów składu dawnej atmosfery na Antarktydzie. Nie ma jednak wątpliwości, że zawsze okresom cieplejszym towarzyszył rozwój ludzkości. W jaki jednak sposób niewielki wzrost temperatury może przekładać się na pomyślność? - Nawet mała zmiana termiczna może wdłużyć okres wegetacji. Dla ludzi wiecznie wówczas niedożywionej Europy oznaczać to mogło być albo nie być, zwłaszcza na przednówku. Im więcej osób przeżyło dzięki cieplejszemu i bardziej sprzyjającemu klimatowi, tym większa była szansa, że skierują swe siły np. na rozwój nauki, kultury, budowę państwa - tłumaczy dr Marcin Ryszkiewicz. Rozwój ludzkości wraz ze wzrostem temperatury na Ziemi i stężenia atmosferycznego dwutlenku węgla najlepiej widać na przykładzie ostatnich dwóch stuleci. Mimo szokującego wzrostu stężenia CO2 z 280 do 380 ppm homo sapiens jeszcze nigdy nie radził sobie tak dobrze! Liczebność populacji, która na początku rewolucji przemysłowej wynosiła miliard, wzrosła - mimo wojen i epidemii - do nieprawdopodobnej wręcz liczby 6,6 mld! "Obecny ciepły okres towarzyszy także największym osiągnięciom cywilizacyjnym ludzkości od czasu, kiedy człowiek pojawił się na Ziemi" - zauważa dr Ryszkiewicz. Czy trend ten się utrzyma i wraz z rosnącą temperaturą zaznamy jeszcze większej pomyślności? - Nic z tego - studzi cieplarniany entuzjazm Joseph G. Canadell, szef zespołu naukowców, kierujący organizacją Global Carbon Project, która specjalizuje się w badaniach atmosfery. - Wzrost temperatury nie zagrozi wprawdzie Ziemi jako planecie (w czasach prehistorycznych jego stężenie było nawet sto razy wyższe niż teraz), ale z pewnością zagrozi zamieszkującym ją ludziom - dodaje uczony. Dotychczasowe rozważania klimatyczne cechuje europocentryzm - przyjmujemy, że to, co jest dobre dla Starego Świata, będzie dobre dla całej ludzkości. Ale ocieplenie w IX-XIII w., które przyniosło pozytywne zmiany w Europie, miało zupełnie inny wpływ na Amerykę Środkową - doprowadziło do upadku cywilizacji Majów. Podobnie będzie zapewne i teraz, kiedy stężenie dwutlenku węgla bije rekordy. Negatywne zmiany klimatu najmniej odczują zamożne kraje Europy i Ameryki - choć i dla nich podniesienie się poziomu mórz może być nie lada bolączką. Wystarczy przecież wahnięcie poziomu morza o kilkanaście centymetrów, by plac Świętego Marka w Wenecji znalazł się pod wodą, a większa burza na Morzu Północnym zatopiła Hamburg. Tymczasem pesymistyczne scenariusze ocieplania się klimatu mówią o wzroście poziomu morza o kilka metrów! Gdyby poziom wód zaczął się szybko podnosić już dziś, to pewnie ludzi z Żuław czy holenderskich polderów udałoby się ewakuować. Jednak trudno sobie wyobrazić, jaką skalę musiałaby mieć akcja przesiedlania miliarda mieszkańców żyznej delty Gangesu i Brahmaputry. A co z mieszkańcami delty Nigru? Nilu? Wysp Pacyfiku? Nie ma wątpliwości, że najbiedniejsza część ludzkości ma niewielkie szanse na przetrwanie. Po fali klęsk nadejdzie jednak spokój. Za kilka wieków ustali się nowa równowaga, w której ludzie będą zamieszkiwać regiony uwolnione przez efekt cieplarniany od wiecznej zmarzliny. Rosyjski klimatolog Michaił Budyko swego czasu cieszył się z efektu cieplarnianego - sugerował nawet, że ludzie powinni go wzmacniać! Wszak dla jego ojczyzny uzyskanie bogatych w złoża obszarów Syberii byłoby błogosławieństwem. Już dziś Rosja inwestuje w badania rejonów okołobiegunowych, które z roku na rok stają się dostępniejsze dzięki topnieniu lodowców. Na ociepleniu zyskać może także Kanada - zarówno na eksploatacji złóż, jak i na otwarciu nowego północnego szlaku żeglugowego z Atlantyku na Pacyfik, który spowoduje, że droga morska np. z Europy do Japonii skróci się o 40 proc. Ocieplenie nie musi więc oznaczać końca historii Ziemi. Ani zagłady ludzkości. .

Przy pisaniu tekstu korzystałem m.in. z książki "Ziemia i życie" Marcina Ryszkiewicza i danych National Oceanic and Atmospheric Administration

Marcin Jamkowski