Wywiad z Sylwią Matuszewską

Sylwia Matuszewska: Jest Pan jednym z tych europosłów z Małopolski, którzy otrzymali największe poparcie podczas wyborów do Parlamentu Europejskiego. Dostał Pan więc bardzo silny mandat od wyborców. Jakie są Pana plany działania w PE, jak zamierza Pan wykorzystać uzyskane poparcie?

- Nie ulega wątpliwości, że w tej chwili Unia Europejska jest w momencie przełomowym i w najbliższych miesiącach okaże się, czy to stowarzyszenie wzajemnej adoracji będzie zmierzać w kierunku państwa europejskiego, wyraźnie scentralizowanego przy istotnej hegemonii tak zwanego dyrektoriatu to jest Niemiec, Francji i Włoch, czy też pozostanie formułą zbliżoną do Europy Ojczyzn, która mogłaby być teoretycznie do akceptacji pod warunkiem, że byłaby uczciwą, równą wobec prawa i finansów. Co można robić realnie? Najważniejszą sprawą jest przede wszystkim przekazywanie obiektywnej i szybkiej informacji do Polski, dając w ten sposób opinii publicznej rzetelną wiedzę, której tu wyraźnie brakuje z uwagi na jednostronność naszych liberalnych mediów. Można będzie w ten sposób wpływać na świadomość polityczną ludzi.

S.M.: Liga Polskich Rodzin współtworzy frakcję Niepodległość i Demokracja. Jak współpracuje się Panu czy ogólnie LPR-owi z innymi partiami w ramach tej frakcji? Czy możliwa jest realizacja wspólnych celów i jakie one są?

- Tak naprawdę było niesłychanie trudno stworzyć frakcję spójną ideowo i programowo, zatem powstała frakcja, której głównym, wspólnym punktem jest sprzeciw wobec wprowadzenia konstytucji UE. Jest to najważniejszy obecnie politycznie przedmiot sporu politycznego w całej Unii. Jego rozstrzygnięcie będzie miało kluczowe znaczenie dla przyszłości Unii. Jednakże są w naszej frakcji również poważne napięcia, stąd też nie wprowadzano w większości głosowań dyscypliny i trudno jest w innych kwestiach, poza negatywnym stosunkiem do samej konstytucji europejskiej czyli dalszego pogłębiania federalizmu, uzgadniać wspólne stanowiska.

S.M.: LPR była przeciwna przystąpieniu Polski do UE. Czy w obecnej sytuacji, w długofalowych planach LPR dąży do wyjścia Polski z UE?

- Jesteśmy przeciwni UE, która nie byłaby formułą Europy Ojczyzn, opartą na dwustronnych porozumieniach między strukturami europejskimi a państwami narodowymi, zawartą w Traktacie. To jest nasze najdalsze możliwe przyzwolenie. Mamy natomiast bardzo poważne zastrzeżenia co do warunków tego Traktatu. Plan minimum jest więc taki: zmiana warunków akcesji Polski na znacznie korzystniejsze, wywalczenie równych praw – zwłaszcza ekonomicznych, a w razie niespełnienia tych postulatów dążenie do wyjścia z tych struktur i systemowy sprzeciw wobec dalszej federalizacji, a więc tworzeniu zrębów państwa europejskiego. Absolutnie kluczową kwestią będzie więc sprzeciw wobec projektu konstytucji UE jako tworu, zmierzającego wyraźnie w kierunku państwa.

S.M.: 29 października podpisano w Rzymie Traktat Konstytucyjny. LPR jest przeciwna temu Traktatowi. Proszę powiedzieć jakimi argumentami zamierza Pan, jak i inni członkowie LPR, przekonywać Polaków do głosowania przeciw eurokonstytucji?

- Tu sprawa jest oczywista. Ci wszyscy, którzy uważają, że przyszedł czas na de facto likwidację suwerennego państwa polskiego w imię jakichś innych celów, mogą popierać konstytucję. Wszyscy ci zaś, którzy – jak sadzę – racjonalnie myślą o państwie polskim w strukturach międzynarodowych, ale z taką dozą suwerenności jaka tylko jest możliwa, powinni być naszym zdaniem przeciwni wprowadzeniu w życie tego aktu. Konstytucja bowiem tak naprawdę zwiększa znacznie władzę instytucji ponadnarodowych, jednocześnie ograniczając realną suwerenność polityczną i ekonomiczną Polski. Decydujące znaczenie ma tu fakt, iż decyzja o wyjściu z UE już nie będzie w polskich rękach, ale będzie zależna od woli dwóch trzecich posłów PE. Będzie wspólna polityka zagraniczna, prawdopodobnie wspólna polityka obronna, ponadto Polska straci prawo weta wobec ustaleń traktatowych. A więc istotne pogorszenie warunków funkcjonowania Polski w UE może się odbyć bez naszej zgody – wystarczy, że w danej sprawie zagłosuje większość (według projektu konstytucji, ta większość może się składać z czterech najsilniejszych państw UE). W ten sposób można przegłosować wszystkie pozostałe państwa razem wzięte, realizując politykę tak zwanego dyrektoriatu, bez możliwości odwołania się. Zgoda więc na takie rozwiązania bez absolutnej gwarancji, że oddając suwerenność na trwałe poprawimy warunki życia Polaków, a moim zdaniem będzie dokładnie odwrotnie, jest zdradą interesów narodowych i tak to po prostu traktujemy.

S.M.: Czy wyobraża Pan sobie inną konstytucję UE, czy też w ogóle sama idea konstytucji UE jest Pana zdaniem błędna?

- Jestem przekonany, że UE nie potrzebuje żadnej konstytucji. Jeżeli nawet zgadzamy się na Wspólnoty Europejskie jako dwustronne porozumienia poszczególnych państw, to przede wszystkim mają one funkcjonować na zasadzie porozumień ekonomicznych, obszaru wspólnego rynku, na którym są daleko idące ułatwienia handlowe, mające napędzać koniunkturę rozwojową itd. Tymczasem okazuje się, że silniejsi przejęli rynek państw słabszych, nie dając dostępu do własnego na warunkach partnerskich. Ograniczyli go wieloma skutecznymi barierami – technologicznymi, fitosanitarnymi czy ekonomicznymi, a słabsi nie mają dostępu do rynku pracy w bogatych państwach Europy, co powoduje dodatkowe napięcia. Na wspólny rynek mogliśmy się zgodzić, natomiast nie zgadzamy się na wspólne państwo, bowiem jesteśmy absolutnie przeciwni „Cesarstwu Europejskiemu Narodu Niemieckiego”.

S.M.: Szczególnie ważna jest dla mnie następująca kwestia. Czy myśli Pan, że tym razem media dadzą równe szanse obu stronom debaty, czy też powtórzy się sytuacja poprzedzająca referendum akcesyjne? Moim zdaniem debata medialna była nieuczciwa, właściwie nie mieliśmy debaty.

- Ma pani całkowitą rację. To, co było w Polsce w okresie przedreferendalnym zakrawa na niebywały skandal. Mieliśmy do czynienia z łamaniem wszelkich zasad równości w dostępie do mediów, działaniem przeciw podstawom demokracji, prawom człowieka – a więc przeciw temu wszystkiemu, co Unia Europejska ma na sztandarach, a jej przedstawiciele na ustach, niestety tylko wtedy, gdy jest to korzystne dla silniejszych w Unii Europejskiej. Tym razem podejmiemy działania zmierzające do tego, żeby okres przedreferendalny był pod kontrolą instytucji międzynarodowych i w przypadku, gdyby doszło do ewidentnego łamania tych zasad o jakich mówiłem, zwłaszcza w dysproporcji czasu antenowego w mediach publicznych, odwołamy się do trybunałów międzynarodowych i do opinii światowej. Tym razem już się nie uda panu Kwaśniewskiemu, Belce i liberałom wszelkiej maści tworzyć bezkarnie fałszywego obrazu. My to referendum po prostu wygramy, bo jeżeli go nie wygramy to nie będzie Polski, a my Polskę w przeciwieństwie do tych dżentelmenów kochamy.

S.M.: Jakie by to mogły być instytucje międzynarodowe, do których można byłoby się odwołać?

- Przypuszczam, że poza Radą Etyki Mediów i jej europejskiego odpowiednika, byłby to i Międzynarodowy Trybunał w Hadze, i pewnie Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu oraz międzynarodowe instytucje badające przestrzeganie wolności obywatelskich. Te wyspecjalizowane instytucje dziwnym trafem często zajmują się różnymi drobnymi i poważnymi odchyleniami w państwach niedemokratycznych, natomiast łagodniejszym okiem patrzą na to, co dzieje się w państwach z tak zwanego obozu już demokratycznego. A przecież w Polsce, ale także z tego co słyszałem w Czechach, na Słowacji i na Litwie, w Łotwie i Estonii, na Węgrzech sytuacja była bardzo podobna, choć nie aż tak skandaliczna. Przeciwnicy Traktatu Akcesyjnego mieli jedną dziesiątą czasu antenowego w stosunku do zwolenników pomimo gwarancji konstytucyjnych. Moim zdaniem, jeżeli będzie blokada informacyjna w mediach publicznych, to należy doprowadzić do radykalnych działań włącznie z marszem na Warszawę, blokowaniem telewizji i wielkimi manifestacjami, z blokowaniem centrów miast, ponieważ to jest walka o wszystko, to jest walka o to czy będzie Polska. A jeżeli naród ma o tym zdecydować, to musi uzyskać minimum obiektywnej informacji, jakie są koszty przyjęcia Traktatu Konstytucyjnego i jakie będą tego skutki. Jeżeli społeczeństwo znów będzie słyszało od tych różnych stowarzyszeń wzajemnej adoracji i „sanhedrynów intelektualnych” jedno zdanie to może popełnić błąd, działając w dobrej wierze w oparciu o fałszywe informacje. A to jest oszustwo jeszcze gorsze niż totalitarne, ponieważ w totalitarnym państwie większość zdaje sobie sprawę z tego, że państwo kłamie. Wystarczy popatrzeć na to, co dzieje się w tej chwili dzieje. Ludzie przekonali się, że nie ma pracy, że mamy ceny europejskie, a płace polskie czyli poziom życia ludzi znacznie spadł, natomiast efektów makroekonomicznych, wzrostu gospodarczego nie widać. Nie widać dla dziewięćdziesięciu paru procent ludzi. Wąska grupa miała się dobrze i ma się dobrze nadal. Natomiast demokracja polega na tym, że jest to system, który popiera większość. Większość poparła traktat akcesyjny, natomiast większość na nim straciła. Jeżeli tak by miało być z traktatem konstytucyjnym to oznaczało by to, że większość poparłaby likwidację państwa polskiego, a gdyby na tym straciła na trwałe to byłby to dramat niebywały, historycznie niebywały.

S.M.: Czy wiąże Pan jakieś nadzieje ze zmianą prezesa TVP? Mówi się, że to człowiek związany w jakiś sposób z PO.

- Jest taki dowcip w Polsce, z całym szacunkiem dla wszystkich sympatycznych Nowaków, że: „Tak czy owak rządzi Nowak”. W telewizji zmieniają się różne konstelacje, ale cały czas dominuje tam jeden jedynie słuszny światopogląd i jedna słuszna linia: liberalna, ponadnarodowa, linia zakłamywania rzeczywistości, zwłaszcza na styku z tymi przemianami, które obecnie mają miejsce. Myślę, że ta zmiana personalna nic istotnego w odbiorze społecznym nie powoduje poza tym, że ekipę postkomunistów z SLD czy z dawnego PZPR wypiera ekipa postkomunistów, którzy dzisiaj siedzą albo w UW, albo w PO. Do tego dochodzą jeszcze ponadnarodowcy i skrajni liberałowie, których wpływy wyraźnie rosną, natomiast dostęp ludzi myślących w kategoriach narodowych i w kategoriach polskiej racji stanu jest nadal niesłychanie ograniczony. Debat z prawdziwego zdarzenia praktycznie nie ma, bowiem dominuje jeden pogląd, jedno środowisko i tak zwana poprawność polityczna.

S.M.: Debata Pospieszalskiego...

- Zgoda, ewenementem jest debata red. Pospieszalskiego, chociaż jest to program bardziej elitarny, który nie ma wpływu na miliony. Natomiast jeśli chodzi o programy masowe, to jedyny program na żywo – „Forum” musiał pozostać, bo to już byłby skandal, gdyby go zlikwidowano. Pozostałe programy natomiast, dobór personalny gości, dobór tak zwanych niezależnych ekspertów nie uległy zmianie. Tutaj się trochę szerzej wypowiem. Gdy słyszę „niezależny ekspert”, a potem widzę człowieka, który bierze pieniądze w sprzedanym banku i jest zainteresowany określonymi rozwiązaniami ekonomicznymi korzystnymi dla kapitału spekulacyjnego, i który wypowiada się w imieniu narodu czy jako obiektywny przedstawiciel myśli ekonomicznej, to nawet mi się już śmiać z tego nie chce. Widzę również ciągle tych dyżurnych socjologów, te same nazwiska, ci sami ludzie, którzy ten sam kit wciskają nam od kilkunastu lat. Myślę więc, że nic się nie zmieniło i czeka nas niebywale ostra walka. Sądzę, że jeżeli nie uda się uzyskać równego dostępu do mediów, równego finansowania w ramach kampanii przedreferendalnej, Liga powinna przejść do działań radykalnych, bowiem żaden inny sposób nie będzie skuteczny. Myślę, że takie będzie stanowisko Ligi.

S.M.: Można przypuszczać, że tym razem będzie więcej partii podobnie jak Liga przeciwnych Konstytucji. Wygląda na to, że Liga ma sojusznika w PiS-ie i PSL-u. Jak Samoobrona zamierza głosować?

- Muszę tutaj powiedzieć parę słów o Samoobronie. W PE jest reprezentacja tego ugrupowania. Są niezależni, nie przyjęto ich do żadnej frakcji. Jest tam jeden z jej czołowych przedstawicieli, Ryszard Czarnecki, dawny minister w rządzie premiera Buzka, z dawnego ZChN-u. Otóż z wielką przykrością muszę stwierdzić, że takiego wazeliniarstwa, jakie uprawia ten dżentelmen w PE wobec czołowych polityków europejskich czy ogólnie systemu europejskiego, nie uprawia nikt w całym Parlamencie. Jest to rzecz absolutnie godna napiętnowania. Polecam przegląd jego wystąpień, występuje po kilka razy na każdym posiedzeniu. To jest coś takiego, co – jak sadzę – gdyby doszło do pana Andrzeja Leppera powinno spowodować decyzję o usunięciu Czarneckiego z frakcji Samoobrony, a jeżeli nie, w co bardziej wierzę, to oznacza, że pan Andrzej Lepper i cała Samoobrona raczej tylko grają na nosie polskim wyborcom, mówiąc dla celów politycznych, że są przeciw, a w gruncie rzeczy jest im wszystko jedno albo są za. Jeżeli chodzi natomiast o PiS to wydaje się, że oni będą przeciwni Konstytucji Europejskiej, więc jednego sojusznika mamy. Platforma - trudno powiedzieć - jestem przekonany, że zwycięży tak zwany rozsądek i poprawność polityczna - po uprzednim zwyczajowym wprowadzeniu wyborców w błąd - będą za!

S.M.: Umierać za Niceę już nie będą...

- Na pewno nie. Będą dalej uprawiać tę najbrzydszą formę populizmu, zwaną populizmem liberalnym, której arcymistrzem jest pan Jan Maria Władysław etc. etc. Rokita. Znaczenie decydujące będzie miało też stanowisko kościoła hierarchicznego.

S.M.: Właśnie, jakie będzie, Pana zdaniem, oficjalne stanowisko Kościoła w sprawie Traktatu Konstytucyjnego?

- Mogę powiedzieć wprost jako wierzący katolik, że tym razem już nie będziemy milczeć i rączki składać. Hierarchia kościelna już dzisiaj z całą pewnością ma świadomość, czym jest UE i w jakim kierunku zmierza, a jeżeli nie ma tej świadomości, to postaramy się, aby ją zdobyła. Wystarczy tylko przykład z ostatnich miesięcy. Otóż tak bezprzykładnej krucjaty, jaką rozpętały wszelkie frakcje lewicy, lewactwa i Zielonych w PE wobec prof. Buttiglione, którego jedyną winą było zadeklarowanie, że jest wierzącym katolikiem i uważa, że homoseksualizm to grzech, nie było od dawna. Nie przebierano w środkach krzycząc o dominacji przez papiestwo, o odwrocie od wolności. Profesor został zaatakowany przez tych, którzy mając pełne usta sloganów o wolności, o dopuszczaniu różnych mniejszości do działania, sami zachowują się szowinistycznie wobec poważnej grupy ludzi, która myśli jak Buttiglione. Trzeba żeby nasi hierarchowie też wiedzieli, że większość establishmentu politycznego, elity politycznej w Europie, w Parlamencie Europejskim, w Komisji Europejskiej to autentyczni ideowi wrogowie Kościoła. Co więcej – nie tylko kościoła hierarchicznego, ale ideologii, która wyrosła na pniu chrześcijaństwa, a więc etyki europejskiej, związanej z doktryną chrześcijańską, z tym wszystkim co tworzyło cywilizację łacińską. Oni próbują dzisiaj tworzyć nową ideologię, nową etykę i nie jest to etyka, którą można by wprowadzić w życie w zgodzie z Dekalogiem. Jest to etyka, którą można by nazwać neosocjalistyczną, bliżej New Age i jakiś systemów pozbawionych wartości głębszych – co może spowodować, że fundament na którym gmach europejski jest zbudowany będzie fundamentem zbyt słabym, aby gmach utrzymać.

S.M.: Chyba znów nie ominie nas wyraźny podział postaw wobec Konstytucji UE w opiniotwórczych środowiskach kościelnych.

- Nie będę mówił za całą Ligę. Uważam, że jeżeli się popiera działania, które z całą pewnością osłabią pozycję Kościoła i katolicyzmu nie tylko w Polsce, ale i w całej Europie, jeżeli przyjmuje się rozwiązania, w których doktrynalnie wprowadza się wojujący ateizm, a skrajna sotnia lewactwa przejmuje inicjatywę ideologiczną, to jest oczywiste, że nikt przy zdrowych zmysłach, kto wyznaje chrześcijański system wartości, nie może tego poprzeć. Zwłaszcza nie powinni tego robić pasterze Kościoła, których wiedza na ten temat jest znacznie większa, a więc i odpowiedzialność powinna być większa. Warto przypomnieć, że rzadko się odzywały głosy krytyczne (choć oczywiście były) w sprawie grabieży majątku narodowego, a większość hierarchii poparła Traktat Akcesyjny – co, jak sądzę, spowodowało przegłosowanie tego traktatu. Jestem absolutnie pewien, że można było wywalczyć znacznie korzystniejsze warunki dla Polski liczone w dziesiątki miliardów euro, co dla tego biednego narodu miałoby kapitalne znaczenie. Myślę więc, że nie mieszając spraw wykładni wiary, ponieważ od tego jest hierarchia, w tej sprawie nastąpi otrzeźwienie. Oczywiście niektórzy dyżurni zwolennicy liberalnej teorii z całą pewnością będą w mediach brylowali, ale będą musieli liczyć się z tym, że będą poddani takiej samej krytyce jak cywilni przedstawiciele polityczni bowiem ich słowo znaczy więcej niż słowo zwykłego człowieka, zwłaszcza dla dziewięćdziesięciu procent wierzących Polaków.

S.M.: Wiele się mówiło przed wyborami do Parlamentu Europejskiego na temat kuluarowych możliwości załatwiania spraw. Jak z perspektywy tych kilku miesięcy widzi Pan tę możliwość?

- Trzeba powiedzieć, że decyzje zapadają w Berlinie, w Rzymie, w Londynie, w Madrycie czy w Paryżu, a nie w PE i w jego kuluarach. Tutaj decyduje się bardziej o pozycjach polityków działających w PE, ich funkcjach, przywilejach itd., natomiast nie decyduje się o rzeczach najważniejszych. Działalność w kuluarach ma znaczenie marginalne jeżeli chodzi o jej skutki prawne i skutki ekonomiczne. Wyjątkiem jest sprawa budżetu. Niestety, jeżeli chodzi o budżet, widać wyraźnie, że będzie on proporcjonalnie skromniejszy w stosunku do budżetu budowanego dla poprzedniego układu. Przypomnę, że był on na poziomie 1,24% PKB, a teraz wyszło 1,04%. Widać więc wyraźnie, że bogaci chcą mieć więcej UE za mniejsze pieniądze, a to oznacza, że zapłacić za to muszą biedniejsi. Wiara, że tam można uzyskać jakieś większe pieniądze dla Polski jest utopijna, bowiem pieniędzy będzie mniej. Czy uda się natomiast wpływać na jakieś szczegółowe rozwiązania – nie umiem powiedzieć. Jak na razie nie widać takiej możliwości. Przykładem skrajnym jest przypadek pana Lewandowskiego, który został przewodniczącym komisji budżetowej, a następnie wszystkie kluczowe decyzje zostały przeniesione do innej komisji, powołanej specjalnie w tym celu, żeby przygotować plan finansowy do 2013 r. Drugim przykładem na to, że tzw. rozmowy kuluarowe nie dają rezultatów jest fakt, że podobno tak szanowany w UE prof. Geremek nie uzyskał wystarczającego poparcia dla swojej kandydatury nawet wśród lewicy parlamentarnej czy liberałów parlamentarnych. Realne decyzje będą zapadać na styku Komisja Europejska – rząd Polski. Parlament natomiast może być tylko dodatkiem w tworzeniu nacisku politycznego czy szybkiego przekazu informacji. Decyzyjną stroną są struktury administracyjno-urzędnicze na styku z rządem polskim i jego organami, w tym ambasadą i innymi wyspecjalizowanymi instytucjami. Parlament ma w tej chwili najmniej do powiedzenia. Oczywiście to by się radykalnie zmieniło, gdyby przeszła Konstytucja. Wówczas ciężar władzy realnej przenosi się do Parlamentu, w którym Polacy mają tylko 54 mandaty, a więc to z kolei przesunęłoby środek ciężkości na partie paneuropejskie.

S.M.: Mam wrażenie, że wejście do PE posłów LPR wniosło do na ogół spokojnej atmosfery tego miejsca wiele ożywienia.

- Muszę się nieco pochwalić. Na porządku dziennym jest nierealizowanie porozumień i łamanie regulaminu Parlamentu. Polega ono nie tylko na niedopuszczaniu do głosu w sprawach formalnych czy podejrzanych rozdaniach personalnych według nieznanego klucza, ale także na braku tłumaczeń, do zapewnienia których zobowiązane są statutowo wyspecjalizowane organa wszystkich ciał PE. Na posiedzeniach wielu komisji nie ma tłumaczeń na polski, oczywiście nie ma też tłumaczeń na inne języki mniejszych państw: Litwy, Łotwy, Estonii, Słowacji i Węgier, podobno z przyczyn technicznych. Jednocześnie pieniądze na ten cel zostały od nas wzięte w postaci składki. Nie chcą oddać pieniędzy, żebyśmy wynajęli sobie sami tłumaczy i tłumaczyć też nie chcą. Ponieważ po dwóch czy trzech posiedzeniach mojej komisji, pomimo monitów nie było żadnej poprawy, postanowiłem problem rozwiązać inaczej – okazało się skutecznie. Zabrałem głos i po kilkunastu minutach przewodniczący zaczął dawać mi sygnały, że nie rozumie co ja mówię. Ja oczywiście dawałem mu sygnały, że też nie rozumiem co on mówi. Po 15 minutach wyłączył mój mikrofon, ale to mi nie przeszkadzało bo mam dość silny głos, a to działo się podczas obrad komisji w mniejszej sali. Postanowiłem mówić do oporu i nie dopuścić do normalnego trybu działania komisji. Działałem legalnie, ponieważ udzielono mi głosu, a nie ma tłumaczenia, więc nie rozumiałem co oni ode mnie chcą i pan przewodniczący po dwudziestu paru minutach przysłał gońca, który przyrzekał w jego imieniu, że to się już nie powtórzy, że to skandal, no i rzeczywiście na następnym posiedzeniu tłumaczenie było. Teraz dzwonią do mnie z pytaniem czy będę na posiedzeniu komisji. To oczywiście nie rozwiązuje problemu. Pokazuje tylko, że jak się walczy to się coś wywalczy, a jak się nie walczy tylko zgadza na to, co czynią silniejsi, to się przegrywa (podkr. Bogdan Pęk). Sprawa jest bardzo poważna, bo chodzi nie tylko o to, kto zna języki, a kto ich nie zna. Prawie nikt nie potrafi posługiwać się obcym językiem w takim stopniu, żeby w tak krótkim czasie podejmować skomplikowane decyzje w sprawach technicznych czy prawnych. Tłumaczenie więc musi być, brak tego tłumaczenia jest lekceważeniem Polski i dyskryminacją słabszych państw. Fakt, że te kraje nie bronią się dowodzi, że państwa te już przyjęły rolę wiernopoddańczą wobec elity, która zaczyna się krystalizować jako dominująca. Polska na pewno tak nie będzie działać, a LPR w szczególności. Mieliśmy dobre wystąpienie posłanki Krupy, prof. Giertycha, dobre wystąpienie moje czy prof. Piotrowskiego. Do Polski informacja na ten temat nie dotarła, choć tam nasze wystąpienia były słynne. W związku z tym trzeba śledzić w internecie bieżące debaty, wtedy można sobie wyrobić jakiś pogląd. W samej UE obowiązuje zasada taka jak w dowcipie góralskim, cytuję: „w Poroninie na jedlinie wiszą gacie po Leninie, kto chce w Unii awansować musi gacie pocałować”. Co oznacza, że tam ciągle obowiązuje ideologia socjalistycznego rozumienia świata i socjalistyczne metody. Kto tego nie rozumie, nie będzie awansować. Profesor Buttiglione przekonał się o tym dobitnie, a także przekonało się o tym dobitnie wielu, którzy próbowali coś w tej krainie szczęśliwości politycznej zmieniać. Tam jest drugi albo trzeci sort polityków, a z Polski przyszła jednak elita. Mówię to o całej ekipie polskiej. Widać wyraźnie, że intelektualnie na tle tego towarzystwa jesteśmy mocni. To jest „kontyngent”, który wnosi tam sporo ożywienia. Tamci posłowie są obrośnięci w tłuszcz dobrobytu, socjalu, spokoju, rautów i każdy, kto występuje z jakimiś pomysłami zmuszającymi do myślenia i działania, nie jest ich przyjacielem. Myślę, że samo nasze tam pojawienie się spowoduje, że nic już tam nie będzie jak było do tej pory, że będą musieli znacznie precyzyjniej się wyrażać, będą się musieli liczyć z tym, że każde odstępstwo od prawa czy regulaminu będzie piętnowane i będziemy wymuszać wszystkimi dostępnymi sposobami legalizm politycznego działania.

S.M.: Jeżeli spotkalibyśmy się za pięć lat, o jakich sukcesach politycznych chciałby Pan ze mną porozmawiać?

- Wszystko, o czym rozmawialiśmy to są sprawy ważne, ale z całą pewnością najważniejsze będzie referendum konstytucyjne. Jeżeli je przegramy to będzie oznaczać de facto, że najważniejszymi dla partii politycznych wyborami będą wybory europejskie a nie polskie. Próby oddziaływania od środka, jestem o tym przekonany, będą nieskuteczne, niewystarczające i w żadnym razie nie zastąpią działań czy możliwości, jakie istnieją w suwerennym Państwie Polskim. Ta kampania więc będzie decydująca. Oczywiście, mogą być sukcesy osobiste, przeprowadzenie takiego czy innego rozwiązania, takiej czy innej uchwały Parlamentu, zorganizowanie jakiejś kampanii, pokazanie jakiejś korupcji czy działania bardziej indywidualne. Jednak zmiana kierunku tej rzeki, która płynie w stronę ateistycznej poprawności politycznej jest moim zdaniem niemożliwa, tym bardziej, że delegacja polska składa się w większości z tych, którzy są wielce zasłużeni dla odbierania suwerenności Rzeczypospolitej. Taki był werdykt narodu. Jeżeli taki sam będzie w referendum konstytucyjnym, zatwierdzającym tę konstytucję, to po 1000 lat z hakiem zakończymy działalność suwerennego państwa polskiego i to za przysłowiową czapkę gruszek i obietnice gruszek na wierzbie (podkr. B.P.). To jest coś niebywałego, dlatego ja sam postanowiłem, że w tej sprawie uaktywnię wszelkie drzemiące jeszcze we mnie siły i środki. Myślę, że Liga też powinna w ten sposób działać i mam nadzieję, że tak się stanie. Rozgrywka w Polsce będzie bardzo ważna. Czekają nas wybory do polskiego Parlamentu i wybory prezydenckie, jeżeli jednak przegramy referendum konstytucyjne to znaczenie pozostałych wyborów będzie iluzoryczne.

Dziękuję.